Logo

Tęsknota za… „overdressed”

Zdjęcie do artykułu

 

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że bywam staromodna, nie na czasie, odstająca od realiów i mody, a nawet „trącąca myszką” – tak jak wedle niektórych trącą dziś klasyczne zasady i dobre maniery. Nie potrafię zrozumieć pewnych postaw, zachowań i nie godzę się z postępującymi zmianami. Bywa, że po prostu tęsknię za tym co było, a moja tęsknota zyskuje i zyskuje na sile…

 

 

Do takiej refleksji i dość poważnego wyznania skłoniła mnie pewna data – 24 czerwca 2016 roku. Ci, którzy są jeszcze na etapie edukacji szkolnej, osobiście lub za pośrednictwem najbliższych, prawdopodobnie szybko skojarzą, że 24 czerwca miało miejsce zakończenie kolejnego szkolnego roku. I zapewne nie byłoby w tym nic niezwykłego, rok szkolny kończy się przecież co roku, ale właśnie tego roku mój zmysł obserwacyjny skłonił mnie do wzmożonej uważności, a w konsekwencji szczególnych refleksji.

 

Mianowicie, wcale tego nie planując, w opisywany czerwcowy poranek nie mogłam oderwać oczu od garderoby młodzieży podążającej na uroczystości związane z zakończeniem kolejnego etapu edukacji szkolnej. Nie będę ukrywać, iż moje tegoroczne spostrzeżenia nie tylko mnie zaskoczyły, ale nawet wprowadziły w osłupienie, ponieważ okazało się, że ponadczasowy zestaw – czerń i biel – wcale nie oznacza już klasycznej i uniwersalnej kombinacji ubraniowej na opisywaną okazję. Cóż, choć tradycyjnie, to od lat kolory postrzegane jako przypisane do szkolnych specjalnych okazji, wyszło na jaw, że mogą zawieźć…

 

… tak też mnie zawiodły – szczególnie w wydani damskim. Młode dziewczęta – owszem – skorzystały z tego klasycznego zestawu barw, ale zbyt często w nazbyt wariacyjny sposób. Odkryte, właściwie całkowicie odsłonięte ramiona; brak jakichkolwiek rękawów; olbrzymie, głębokie dekolty; krótkie (bardzo!) spódnice, brak rajstop, a do tego sandałki w różnym wydaniu – to tylko namiastka tego, co dostrzegłam na ulicach. Moja konkluzja jest zatem następująca – poza tym, że obecne były biało-czarne stroje, niewiele wspólnego miały z prostym, klasycznym i eleganckim strojem przeznaczonym na zakończenie roku szkolnego.

 

Naturalnie domyślam się, iż moje wyznanie ze wstępu dzisiejszego artykułu może sugerować, iż oczekiwałabym, by uczennice przywdziały na opisywaną okazję niemodne i nudnawe białe bluzki zapięte pod szyję i najzwyczajniejsze czarne spódnice nie krótsze niż za kolano. Chciałabym jednakże wyjaśnić, iż wyznana przez mnie tęsknota dotyczy raczej zanikającej – jak osobiście oceniam – umiejętności wyczucia pomiędzy tym, co jest odpowiednie do szkoły, zwłaszcza na wyjątkową okazję, a co nie. Innymi słowy mam na myśli smak, gust, zmysł estetyczny, swego rodzaju instynkt, brak zgody na bylejakość. A jeszcze inaczej to po prostu zrozumienie, że ubiór to również sposób na okazywanie szacunku innym. Zakończenie roku szkolnego to przecież nie rewia mody, ani tym bardziej czas na „garderoobowe” eksperymenty – choć prawdopodobnie taka teza postrzegana może być staromodnie.

 

Czy zatem właściwym nie byłoby pochylenie się nad prostym i uniwersalnym wskazaniem etykiety mówiącym, iż ubiór winien być czysty i schludny oraz pasujący do okazji? Odpowiedź wydaje się prosta i oczywista, ale nie pierwszy raz doświadczam dysonansu w zakresie tego co wiemy, a co stosujemy w praktyce. Stąd być może w mojej głowie pojawia się tęsknota z ubiorami typu „overdressed”, czyli nazbyt eleganckimi i niejako uroczystymi bardziej niż wymagałaby tego okazja. Osobiście bowiem, gdy nie mam pewności jaki rodzaj ubioru będzie obowiązywał w danym miejscu preferuję stroje klasycznie eleganckie (stroje nieformalne lub smart casual). W takich sytuacjach przyświeca mi myśl, że będę czuć się bardziej komfortowo ubrana wizytowo, niż gdyby mój ubiór był nazbyt swobodny. Zwyczajnie wolę wystąpić w kostiumie, nawet wtedy, gdy inni zdecydują się być raczej na luzie. Mogę przecież się co nieco przygotować i w razie konieczności zrezygnować z na przykład z marynarki. Gdy z kolei ubiorę się zbyt codziennie, a pozostali wystąpią w garniturach i kostiumach ciężko będzie mi nadrobić niedociągnięcia w mojej garderobie. Nie każdy musi myśleć podobnie, ale kluczowe jest, by w ogóle rozważać takie kwestie – dla własnego spokoju ducha.

 

 

A przy okazji, przestając już „pastwić” się nad końcem roku szkolnego, odniosę się do jeszcze jednej z moich ostatnich obserwacji, tym bardziej, że powyżej pisałam głównie o Paniach. Czas zatem na małą zmianę i poruszenie tematu płci przeciwnej – męskiej. Zauważyłam bowiem, że coraz łatwiej przychodzi Panom rezygnowanie z pewnych tradycyjnych zasad, a nawet nie tyle zasad – co obyczaju przyjętego powszechnie i obowiązującego od lat. Skąd takie wnioski?

 

Otóż, pierwszego oficjalnego dnia wakacji (zaraz po zakończeniu roku szkolnego) miałam okazję bawić się na weselnym przyjęciu, które w związku z porą roku i prawdziwym upałem, odbywało się w klimatyzowanym miejscu. Nie o lokal jednakże w tym wypadku chodzi (o weselach pisałam niedawno – chętnych do poczytania zapraszam TUTAJ), a o męskie stroje. Okazało się, że piękna maksyma Oscara Wilde: dżentelmenowi nigdy nie jest gorąco w bardzo, ale to bardzo małym stopniu znalazła zastosowanie. Cytując ją zazwyczaj odnoszę się do zasady, iż elegancki mężczyzna, nosząc garnitur, niezależnie od temperatury, pozostaje w marynarce, natomiast na opisywanym przyjęciu było wprost przeciwnie. Spora część gości płci męskiej w ogóle nie założyła marynarek – Panów w garniturach policzyć można było niemal na palcach jednej ręki. Smutny był to dla mnie obrazek, albowiem okazało się, że zwyciężyły wygoda, luz i odważę się to powiedzieć – bylejakość. A przecież jeszcze niedawno garnitur stanowił bezwzględnie obowiązkowy strój dla mężczyzny pełniącego rolę gościa weselnego. Lepszy, gorszy, ale jednak – to w końcu swego rodzaju standard wizytowego ubioru męskiego. W żartach mawia się nawet, że garnitur towarzyszy Panom w zaledwie kilku okolicznościach w ciągu życia: na studniówce, na własnym ślubie, na pogrzebie i naturalnie na weselach.

 

Zastanawiam się, czy to jedynie pogodowa aura, czy też coś jeszcze spowodowało, że Panowie świętowali z parą młodą w koszulach z krótkim rękawem, bez krawata, w niekoniecznie eleganckich spodniach i odbiegającym od klasycznego obuwiu – ogólnie rzecz biorąc – w niemal codziennych strojach? W moim odczuciu mocno zabrakło w tym wypadku elegancji, która świadczyłaby o uszanowaniu tego szczególnego dnia dla młodej pary – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi. W konsekwencji zatęskniłam za czasami, gdy nikomu nawet nie przyszło do głowy, by łamać taki dress code-owy konwenans i nie założyć na przyjęcie weselne garnituru…

 

W związku z powyższym na zakończenie wykonam śmiały krok i wydam krótki osobisty manifest. NIE GODZĘ SIĘ NA BYLEJAKOŚĆ – na jakąkolwiek bylejakość międzyludzkich relacji, czy to w zakresie kontaktów codziennych i zwyczajnej ludzkiej uprzejmości, czy to w ubiorze.

 

Mam również prośbę – DBAJMY O STANDARDY I ZASADY, BO BEZ NICH WIELE STRACIMY.

 

 

 

Fot. http://www.gratisography.com/

 

 

Podobne wpisy

JAK USZANOWAĆ OKOLICZNOŚĆ?

W ostatni weekend świętowałam bardzo ważną dla mnie prywatną okoliczność. Świętowałam w bardzo wyjątkowym miejscu, które - co wysoce prawdopodobne – było niezwykłe nie tylko dla mnie, ale także dla pozostałych przebywających tam osób. Czegoś jednak brakowało...
Więcej...

„Wyróżnij się albo zgiń”, czyli o marce, wizerunku i etykiecie

Sympatyczne i przyjazne wrażenie to nie tylko dobre maniery, lecz również dobry interes – to słowa Emily Post, znawczyni etykiety, za sprawą której wyrażenie „zgodnie z Emily Post” wkroczyło do języka Amerykanów jako ostatnie słowo w kwestii zachowania. Skoro zatem określenie „wrażenie” pasuje do „dobrych manier”, to być może warto pójść o krok dalej, łącząc je z „wizerunkiem” i „marką”.
Więcej...

Ostatnio dodane komentarze